Różne

5 najbardziej kontrowersyjnych tematów w historii bloga

Piszę sobie tutaj o Diecie Przyspieszającej Metabolizm (i innych zdrowych dietach), a że jest to dieta zdrowa, nikt nie głoduje, dania są smaczne, efekty są, to wydawałoby się, że na blogu powinien panować spokój, zgoda i miła atmosfera. I tak przeważnie jest, jednak nie zawsze… Opowiem Wam o tematach, które budzą od samego początku największe kontrowersje, a w większości dotyczą one niektórych zasad diety.

Ziemniaki

To temat wywołujący zdecydowanie najwięcej emocji i nie są to pozytywne emocje…

Wydawałoby się, że ziemniak to żaden nadzwyczajny produkt, żaden wielki rarytas, ot pospolite warzywo. Nic bardziej mylnego! Ma wielkie grono entuzjastów i obrońców, i już nie raz oberwało mi się za to, że ziemniaki są wykluczone z listy Diety Przyspieszającej Metabolizm (to nie moja decyzja, nawiasem mówiąc ;-)).

Dlaczego? Otóż jest to dieta, która ma na celu naprawdę metabolizmu, więc nie zawiera żadnych produktów gwałtownie podnoszących poziom cukru we krwi, a ziemniaki tak właśnie działają. Mówiąc w dużym skrócie – im bardziej ustabilizowany jest poziom cukru we krwi, tym łatwiej jest podkręcać przemianę materii, a co za tym idzie spalać tłuszcz.

Tymczasem ziemniaki ze względu na dużą zawartość skrobi kompletnie nie kwalifikują się jako produkt podkręcający metabolizm. Są oczywiście diety, które dopuszczają ziemniaki, choćby dieta niskokaloryczna – wystarczy włączyć do menu taką ich ilość, żeby kalorie się zgadzały. Jednak na Diecie Przyspieszającej Metabolizm wcale nie o kalorie chodzi, o czym napiszę jeszcze w dalszej części tego artykułu.

Poza tym oprócz dużej zawartości skrobi, z ziemniakami jest jeszcze inny problem – są ubogie w składniki odżywcze, a Dieta Przyspieszająca Metabolizm stawia wyłącznie na produkty wyjątkowo bogate w witaminy i mikroelementy. Ziemniaki na tle innych warzyw wypadają naprawdę słabo, choć przekaz z mediów jest zupełnie inny. Czasem odnoszę wrażenie, że w Polsce działa bardzo silne lobby ziemniaczane, które przy każdej okazji wmawia nam, jak zdrowe jest to warzywo i jak dużo ma witaminy C (w stanie surowym być może, ale przecież temperatura gotowania ją niszczy). Tymczasem próżno szukać ziemniaków na liście 41 najzdrowszych warzyw i owoców, gdzie bardzo wysokie pozycje zajmują np. kapusta pekińska, botwinka, szpinak, papryka czerwona czy dynia (napiszę niedługo więcej o tym rankingu, jest ciekawy i momentami zaskakujący).

Rezultat jest taki, że za każdym razem gdy wypływa temat ziemniaków, dostaję masę komentarzy od oburzonych osób: jak można wykluczyć z diety ziemniaki??? Są przecież takie zdrowe, ja jadłam i schudłam, a najlepsze są młode itd. Wcale mnie to nie dziwi – od dziecka jesteśmy programowani na jedzenie dużych ilości ziemniaków, to jeden z pierwszych pokarmów wprowadzanych do diety niemowląt i czołowy składnik kuchni polskiej. Jest mączysty i węglowodanowy, a to lubimy. Dziwi mnie natomiast, jak silne są te reakcje i jak wielkie pojawiają się emocje. Sporo osób w zasadzie bez problemu godzi się z odstawieniem kawy, herbaty, bananów czy nabiału, ale o ziemniaki walczy jak lwy. Witamy w Polsce 🙂

Zobacz także: Ziemniaki, banany, miód – dlaczego nie można ich jeść na diecie?

Produkty dla dzieci naładowane cukrem

Napisałam kiedyś, w dobrej wierze, artykuł 5 produktów dla dzieci, których lepiej nie dawać dzieciom, który mówi o tym, że systematyczne podawanie najmłodszym produktów składających się przede wszystkim z cukru, reklamowanych jako bezpieczne i zdrowe dla dzieci, to działanie na szkodę dziecka. Cukier ma naprawdę bardzo dobrze udokumentowane działanie chorobotwórcze, na cały organizm człowieka, a co dopiero dziecka (np. na układ odpornościowy, zęby, metabolizm, zdolność koncentracji itd.), więc Ameryki tym tekstem nie odkryłam. Mimo to wywołał wielkie kontrowersje i jeśli miałabym mówić o tzw. hejcie na moim blogu, to wystąpił on właśnie w związku z tym artykułem. Niektórym osobom niezwykle podniósł ciśnienie i skłonił do zjadliwych czy wręcz nienawistnych komentarzy (choć nigdy tego nie robię, to 2 czy 3 takie komentarze usunęłam ze względu na niecenzuralne słownictwo).

Nasuwa się pytanie – co tak bardzo zirytowało te osoby? Czy były to osoby bezdzietne, niezwiązane z tematem, niemające kontaktu z segmentem produktów dla dzieci? Otóż nie, tak silna reakcja emocjonalna prawdopodobnie świadczy o tym, że są to po prostu rodzice podający swoim pociechom czysty cukier w postaci kakao Puchatek czy cukierków Nimm2, którzy zamiast przemyśleć swoje postępowanie (i np. poszukać zdrowych zamienników) wolą zmieszać z błotem autorkę tegoż bloga.

Kawa

Taaak… To trudny temat, bo kofeina uchodzi za substancję, który pomaga spalać tłuszcz i przyspiesza przemianę materii. Teoretycznie może i tak, ale praktyka wygląda zupełnie inaczej. Na Diecie Przyspieszającej Metabolizm jest zakazana, ponieważ bardzo (!) podrażnia nadnercza, które pełnią ważną rolę w procesach metabolicznych, a co za tym idzie w spalaniu tłuszczu. Dlatego też na tej diecie urządzamy SPA dla nadnerczy i nie przyjmujemy kofeiny pod żadną postacią. Jednak dla wielu osób takie podejście jest trudne do przełknięcia – wiadomo, kofeina uzależnia i wydaje się, że trudno z niej zrezygnować (tak naprawdę łatwo, ale o tym za chwilę).

Zdarzają się przypadki, że ktoś nawołuje np. w mojej grupie Szybki metabolizm – wiedza i wsparcie: pijcie kawę, ja jak tylko zacząłem pić więcej kawy, od razu schudłem. Moje pytanie brzmi – skąd wiesz, że schudłeś dzięki kawie? Czasem jest tak, że ktoś jest przed dłuższy czas na diecie i nic się nie dzieje, gdy wtem… waga zacznie spadać, ale powodów tego może być 1000. Może organizm przestał zatrzymywać wodę, może poziom stresu spadł, może zacząłeś się wysypiać, może w końcu ciało udręczone głodowymi dietami poczuło się na tyle bezpiecznie, żeby spalać tłuszcz, może… długo by wymieniać. Mówienie „schudłem dzięki kawie” jest kompletnie nieuzasadnione, żeby stwierdzić to na pewno, musiałbyś mieć brata bliźniaka jednojajowego, który byłby na diecie w identycznym środowisku i na identycznych jak ty zasadach z tą różnicą, że ty piłbyś kawę, a brat nie. Aha, żeby nauka zaakceptowała wyniki takiego badania, par bliźniaków musiałoby być kilkadziesiąt, a najlepiej kilkaset.

Poza tym gdyby kawa faktycznie przyspieszała metabolizm, wiele osób stosowałoby taką – łatwą i przyjemną – metodę, żeby schudnąć (cóż prostszego niż wypić hektolitr kawy dziennie?), a wśród osób szczupłych byłby dużo większy odsetek kawoszy niż wśród osób otyłych. Czy tak jest? Właśnie…

Zatem jeśli słyszysz poradę „wypij na czczo filiżankę kawy i idź pobiegać” – nie rób tego w żadnym razie, to po prostu zabójstwo dla przemiany materii. Metabolizm z rana lubi przede wszystkim dobre śniadanie. Jeśli kawa – to po jedzeniu.

Na koniec dodam, że warto wiedzieć, iż zadziwiająco łatwo jest odstawić kawę: objawy uzależnienia znikają po 3-4 dniach. Mówię to ja, była kofeinistka, o dziedzicznie niskim ciśnieniu, obecnie pijąca rozsądne ilości kawy. Więcej w tekście: Jak rzucić kawę? A przede wszystkim – po co?

Olej rzepakowy

Kolejna kość niezgody, zresztą jak każdy punkt w tym artykule. Otóż autorka diety Haylie Pomroy wykluczyła z listy jej produktów olej rzepakowy z dwóch powodów: jest genetycznie modyfikowany (w celu usunięcia naturalnie występującego w nim trującego kwasu erukowego) oraz może powodować alergie. Warto wiedzieć, że Pomroy w diecie uwzględniła tylko takie produkty, które fantastycznie wpływają na metabolizm (więcej na ten temat: Jak powstała Dieta Przyspieszająca Metabolizm?). Olej rzepakowy do nich nie należy.

Tymczasem rzepakowy to nr 1 wśród olejów w Polsce, propagowany w mediach jako najlepszy i najzdrowszy. To m.in. zasługa wielkiej akcji promocyjnej Polskiego Stowarzyszenia Producentów Oleju, które dla niepoznaki stworzyło stronę pokochajolejrzepakowy.pl. Pisałam o tym oraz o opinii Beaty Pawlikowskiej z książki „Największe kłamstwa naszej cywilizacji” w artykule Olej – jaki wybrać? i tam pojawił się komentarz w stylu: „taaaa, jasne, wszyscy są głupi, tylko Pawlikowska mądra, jedynie kretyn wierzy w opinie celebrytów”. Pozwolę sobie odnieść się do tych słów.

Skąd wiemy, że olej rzepakowy jest mega zdrowy? Bo tak nam mówią, bo wiele razy słyszeliśmy to z mediów, czytaliśmy w prasie. Ale czy jesteśmy biochemikami analizującymi w laboratorium skład oleju, mającymi dostęp do historii jego metamorfozy od początkowo ciemnego, gorzkiego produktu, o 40%-ej zawartości trującego kwasu erukowego do takiego oleju, jaki znamy teraz? Albo czy jesteśmy lekarzami prowadzącymi długofalowe badania sprawdzające wpływ oleju rzepakowego na stan zdrowia? Nie. Nie jesteśmy i nie będziemy. Dlatego też wierzymy w to, co mówią inni. Pytanie – komu wierzyć? W tematyce zdrowego odżywania jest tak wiele sprzecznych opinii, że komuś wierzyć musimy.

Moim autorytetem jest Haylie Pomroy – autorka Diety Przyspieszającej Metabolizm. Dlaczego ona? Bo śledzę jej poczynania od ponad 5 lat (od lutego 2014) i przeczytałam 5 jej książek. A przede wszystkim dlatego, że testuję na sobie jej zalecenia zdrowotne i wiem, że działają. To niesamowicie mądra kobieta, która na bieżąco śledzi stan badań, sama siebie nazywa maniakiem nauki, w swoich książkach cytuje wiele wyników badań.

Tak więc jeśli ona mówi, że olej rzepakowy nie jest idealny, jestem skłonna jej wierzyć, choć szczerze mówiąc nie jest to dla mnie sprawa życia i śmierci, spokojnie mogę żyć bez rzepakowego (jest wiele innych) i kwestia „jest OK czy nie” jakoś szczególnie mnie nie ekscytuje. Nie podejrzewam, żeby był szczególnie szkodliwy, a i tak żaden olej rafinowany nie ma zbyt wielu cennych składników, bo pozbawia ich proces rafinacji właśnie (tylko oleje nierafinowanie mogą poszczycić się świetnym składem).

Jeśli zaś chodzi o Beatę Pawlikowską, to jest kolejna osoba, której zdanie cenię. Początkowo podchodziłam do niej z dystansem, ale kiedy przeczytałam kilka jej książek, a szczególnie autobiografię „Życie jest wolnością”, bardzo się do niej przekonałam. To mądra, doświadczona osoba, bezkompromisowa w sprawach zdrowia i jeśli ona mówi, że oleje przemysłowo tłoczone są do kitu, to myślę, że może mieć rację. Celebrytką też bym jej nie nazwała, nie jest znana z tego, że jest znana, robi/ła różne fajne rzeczy i napisała ponad 70 (!) książek.

Zobacz także:

Kalorie i ich znaczenie

Pojawił się ostatnio na blogu taki ktoś (nie chcę używać słowa „hejter”, choć może powinnam), kto stwierdził, że wszystko co piszę to stek bzdur, bo tylko dzięki ograniczaniu kalorii można schudnąć, czyli tniesz kalorie – chudniesz, nie tniesz – nie chudniesz. Innego wyjścia nie ma!

Otóż na Diecie Przyspieszającej Metabolizm kalorii się nie liczy. Niektóre osoby argumentują, że owszem, nie liczy się, jednak gdyby tak wziąć wszystko, co je się na tej diecie i policzyć, to okaże się, że tych kalorii wcale nie jest tak dużo i być może dlatego właśnie się chudnie. Proponuję więc zrobić eksperyment: pobyć trochę na DPM, policzyć jej kalorie, następnie przejść na dietę, na której je się cokolwiek z taką samą ilością kalorii i sprawdzić, czy efekt będzie taki sam.

Otóż mogę zagwarantować, że nie będzie, bo siłą Diety Przyspieszającej Metabolizm nie jest wcale ilość spożywanych dziennie kalorii, lecz:

  • podział na 3 fazy w ciągu jednego tygodnia,
  • jedzenie innych produktów w każdej fazie, dopasowanych do jej celów,
  • odpowiednie łączenie ze sobą składników w ramach jednego posiłku,
  • wykluczenie produktów spowalniających metabolizm, np. pszenicy, suszonych owoców, nabiału itd.,
  • odpowiedni rozkład posiłków, w tym śniadanie 30 minut po pobudce,
  • dostarczanie organizmowi wszelkich niezbędnych składników odżywczych,
  • ćwiczenia fizyczne dobierane do celów poszczególnych faz.

Oczywiście kalorie czają się gdzieś w tle, bo ilości spożywanych produktów są limitowane (oprócz warzyw, które można jeść do woli) i nie jest tak, że możesz jeść ile dusza zapragnie. Jednak na 1. miejscu w tej diecie jest metabolizm – wszystko co robimy jest podporządkowanie jego naprawie i jeśli np. ilość mięsa na jeden posiłek wynosi 120 g, to tylko dlatego, że taka ilość jest dobra dla przemiany materii, nie obciąży układu trawiennego, wspomoże spalanie tłuszczu, itd. a nie dlatego, że jeśli zjesz więcej to przytyjesz.

Byłam w swoim życiu na innych dietach, w których nie liczy się kalorii, np. na diecie Montignaca (swoje doświadczenia z tą dietą opisuję tutaj). Jadłam wtedy np. kalafior w sosie śmietanowo-serowym, przy czym ser to było całe opakowanie camemberta. Albo miskę makaronu pełnoziarnistego z chudym twarogiem. Kalorii w tych daniach było masakrycznie dużo (jak na dietę), a mimo to schudłam i to spektakularnie. Efekt odchudzający tkwił w niełączeniu ze sobą niektórych składników, np. węglowodanów z tłuszczami, a nie w ograniczaniu kalorii. Są też takie diety, jak np. Kwaśniewskiego, gdzie je się głównie tłuszcze, a że są kaloryczne to bilans dzienny potrafi wynosić 2500-3000 kcal, a świetnie się na niej chudnie. To bardzo (!) niezdrowa dieta i jej nie polecam, pokazuję jedynie, że nie wszystko opiera się na kaloriach.

Zresztą myślenie w kategoriach kalorii jest bardzo złudne i mało uniwersalne, bo to, jak sobie z nimi radzi organizm, zależy od naszej przemiany materii. Jeśli np. mój syn zjadłby 3 pączki (900 kcal!), mogę zagwarantować, że za godzinę będzie głodny i będzie domagać się kolejnego posiłku – jego szybkość spalania jest wręcz nieprawdopodobna i nie ma mowy, żeby odłożył choć gram tłuszczu (babcia próbowała go trochę podtuczyć na wakacjach i nie udało się :-)). Gdyby z kolei osoba z wolną przemianą materii, mało aktywna fizycznie zjadła 3 pączki, prawdopodobnie w szybkim tempie zostałby zmienione w tłuszcz. To przykład, który pokazuje, że warto zająć się w pierwszej kolejności naprawą swojego metabolizmu, a nie liczeniem i ograniczaniem kalorii, bo gdy mamy sprawną przemianę materii, kalorie nie są aż tak wielkim problemem. Z kolei gdy zaczynamy się głodzić, metabolizm zwalnia. Poza tym uwierzcie mi – pisze do mnie mnóstwo osób, które są przez długi czas na dietach niskokalorycznych i nie chudną ani grama, bo z czasem organizm się uodparnia i obcinanie kalorii przestaje działać. Dla takich właśnie osób powstała Dieta Przyspieszająca Metabolizm – potrzebujących naprawy przemiany materii po latach diet niskokalorycznych.

Strasznie się rozpisałam i jest to jeden z najdłuższych artykułów na tym blogu (1. miejsce pod względem długości dzierży: 10-dniowa dieta H-burn na problemy hormonalne), ale taka chyba jest natura kontrowersji – budzą emocje i skłaniają do wyjaśnień.

***

Print Friendly, PDF & Email

Absolwentka psychodietetyki i autorka bloga SzybkaPrzemiana.pl, gdzie od 5 lat propaguje zdrowe odżywianie, aktywny styl życia i doradza w zakresie diety przyspieszającej metabolizm i innych zdrowych diet.

2 komentarze

  • Maria

    Ze wszystkim się zgadzam ale niestety nie ze stwierdzeniem, że Beata Pawlikowska to mądra osoba… jeśli napisała książkę że depresję można wyleczyć pozytywnym myśleniem to znaczy że niestety trochę jej brakuje do tego, aby móc ją tak określić. Depresja to ciężka choroba, potencjalnie śmiertelna, a nie „chandra”. A takie rady celebrytów mogą wiele osób odwieźć od leczenia, które często jest niezbędne. Tak więc – no nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *